ag8 11_4 SLIDER7 slider_ukasz_2 slider_ukasz_5 slider_ukasz_6 19_02_2015_A 1 2 3 4 5 6

kafelki-gsb 02

kafelki-gsb 04

kafelki-gsb 06

kafelki-gsb 08

belka2017

ŁUKASZ SUPERGAN 23.02.2015r.

Po co podróżować? Głupie pytanie, na które odpowiedzieć równie trudno jak „po co żyć?”.

alpy30Od trzech dni, na stronie internetowej National Geographic i na łamach papierowych pisma przeczytacie, że przejście gór Zagros zostało nominowane do nagrody „Traveler” jako Podróż Roku. Znalazło się w zacnym gronie przedsięwzięć, które, w opinii redakcji NG, w minionym sezonie były największymi wyczynami i osiągnięciami w polskim świecie podróżniczym. O tej nominacji nie usłyszałem wczoraj – wiedziałem o niej kilkanaście dni wcześniej, z nieoficjalnych wtedy źródeł, które teraz zostały potwierdzone. Informacja ta nie jest więc dla mnie zaskoczeniem, choć była wielką niespodzianką, gdy otrzymałem ją po raz pierwszy. „Podróż Roku 2014″ – sama nominacja do takiego tytułu jest wyróżnieniem. Szybko jednak nadeszła refleksja. Co ona dla mnie oznacza? Lub szerzej: co oznacza dla mnie każda nagroda, otrzymana za jakiś górski lub podróżniczy wyczyn?
Bez wątpienia jest ona dowodem uznania ze strony innych ludzi. Czasem wąskiego, ale bardzo doświadczonego grona, czasem rzeszy sympatyków i tych, którzy wspierali tę przygodę lub po prostu ją śledzili. Jest ona wyrazem szacunku i aprobaty, gdy historia, którą mam do przekazania, po powrocie okazuje się wyjątkowa. Jest też zachętą do sięgania dalej i wyżej, nie ustawania w wysiłkach, by poznać i lepiej zrozumieć świat. Buduje też, nie boję się tego napisać, publiczny wizerunek i rozpoznawalność, co przełożyć się może na łatwiejszy start w kolejnej wyprawie. Co jednak taka nagroda znaczy dla mnie samego? Czy fakt, że otrzymam jakieś wyróżnienie sprawia, że stanę się lepszym podróżnikiem? Czy statuetka wręczona w świetle reflektorów, zmieni mnie nagle w innego człowieka? A może sprawią to brawa setek lub tysięcy ludzi na widowni? Czy głosy oddane w plebiscytach, przez e-maile bądź SMSy, sprawią, że przejdę jakąś gruntowną przemianę? Odpowiedź jest oczywista.
Steve House, mój wspinaczkowy guru, zapytał kiedyś: „Czy człowiek jest sumą swoich osiągnięć?”. I choć nie udzielił odpowiedzi wprost, wynika ona ze słów, jakie powtarza w trakcie swoich spotkań: zamiast na finałowym osiągnięciu, warto skupić się na procesie. Zamiast myśleć o odległym szczycie, docenić sumę chwil, jakie daje wspinaczka na niego. Zamiast wyczekiwanego końcowego punktu podróży, łapać momenty, którymi obdarowuje nas droga. Tego samego doświadczyłem po przejściu Karpat w 2013 roku – stanąwszy nad brzegiem Dunaju w Bratysławie pojąłem, że wcale nie chodziło o tą jedną sekundę wieńczącą dwumiesięczny wysiłek. Chodziło o ogrom wszystkich wrażeń, jakich doświadczałem przez tamtych 65 dni – każdą chwile radości, zadumy, wyciszenia, każde zmęczenie, strach, zwątpienie. Chodziło o każdą chwilę i chłonięcie jej całym sobą. Skoro więc ważna jest droga, a nie cel na jej końcu, czemu mierzyć sukces w podróży końcowym wynikiem, zamiast nieskończoną sumą chwil, jakie nam podarowała?
To chyba jest dla mnie kluczem do zrozumienia wątpliwości, jakie targały mną po przejściu irańskich gór Zagros. W drugiej połowie mojej drogi zbyt mocno skupiałem się na tym, by po prostu przeć do przodu, koncentrując się na wyniku, jakim było dotarcie do oceanu. Wydawało mi się, że bez niego moja wędrówka nie spełni pokładanych w niej oczekiwań. Tymczasem najlepsza podróż to taka, w której każdy krok stawiamy świadomie, z której wracamy odmienieni, która daje nam najwięcej radości. Niestety, w cywilizacji nastawionej na wynik „wyżej, dalej, szybciej” ten sposób myślenia bywa obcy. Może właśnie dlatego niektórzy z nas swój sukces w podróży mierzą nie wewnętrznymi przeżyciami, ale ilością czytelników, odsłon filmów czy nagrodami jakie otrzymają. Wyżej niż swoje przeżycia, cenimy Facebook’a, YouTube’a, Instagram, na bieżąco spisywane i nagrywane relacje . Tylko co zobaczymy w naszej drodze, poza skierowanym w siebie obiektywem aparatu/kamery?
Jakiś czas temu opisałem tu trzy wyprawy, których autorzy zainspirowali mnie szczególnie. Zaimponowali mi rozmachem i stylem swoich przedsięwzięć. O ironio, jedna z osób odpisała mi: „Dziękuję za reklamę!”, po czym zakończyła list stwierdzeniem, że bez żadnej wątpliwości to jej przedsięwzięcie będzie najtrudniejszym z opisanych. Dopiero później dowiedziałem się, że za wyprawą tą stoi grupa ludzi, zajmująca się jej marketingiem.
Przez minionych 6 lat poznałem wielu ludzi, powszechnie nazywanych „podróżnikami”. To określenie, ukute przez dziennikarzy i organizatorów festiwali, zgrabnie wrzuca do jednego worka wszystkich, którzy na tysiąc sposobów przemierzają świat, nawet jeśli różnią się bardzo między sobą. Zawdzięczam im bardzo wiele: nowe idee, wsparcie w moich przygodach, pomoc w trudnych momentach, refleksje podczas wspólnych rozmów. To także dzięki nim, przez minionych 6 lat, moje życie zmieniło się diametralnie.
Czy wszyscy są jednak moimi ideałami? Niestety nie. Są w naszym gronie osoby, które fabrykują fakty w swoich książkach i opowieściach. Podrasowują swoje osiągnięcia. Są apodyktyczne i wierzą tylko w swoje, jedynie słuszne zdanie. Niektórzy z nas, choć przejechali pół świata i zetknęli się z dziesiątkami obcych kultur, wiar i tradycji, nie potrafią zaakceptować faktu, że ich kolega po fachu ma inne zdanie w jakiejś kwestii. Ucząc w swoich tekstach i na blogach tolerancji dla odmienności, nie mają problemu, by obrażać się wzajemnie w dyskusjach. Podróżują, ale promocja ich osiągnięć pochłania im czasem dużo więcej czasu i energii niż samo podróżowanie. Poznawanie świata, z doświadczenia osobistego, nierzadko intymnego, staje sie nieraz publicznym występem. Samotne zmaganie z górskim szczytem lub odległą drogą oznaczało zmaganie z samym sobą – teraz jest czymś, co można sprzedać. Czasem zastanawiam się, jak wyglądać będzie podróżowanie za 50 lat? Idąc tym tropem, stanie się chyba domeną szołmenów, przedzierzgnie w jakieś nadawane 24 godziny na dobę reality-show.

Efektem tego zjawiska była dyskusja między kilkoma blogerami podróżniczymi, jaką śledziłem niedawno w odmętach Facebook’a. W jej trakcie kilka osób ostro „objechało” swoich kolegów po piórze, zarzucając im manipulację w eliminacjach do konkursu „Blog Roku”. Nie wierzyli, że ich rozmówcy zdobyli głosy internautów uczciwie, bo ich blog jest przecież „nic nie warty i pełen bezwartościowych treści”. Ze zdumieniem patrzyłem, jak ci, którzy mienią się ambasadorami dialogu między kulturami i opisują swoje podróże tysiącom czytelników, opluwają się nawzajem, zazdroszcząc popularności i zasięgu. Obym się mylił i oby było to fałszywe oskarżenie, ale zdaje mi się, że dla niektórych to, co nazywają podróżowaniem, jest jedynie marketingiem ich własnej zajebistości. Ten, kto sięga wyżej, staje się konkurentem.
A wygrywa ten, kto umierając, ma najwięcej fanów na „fejsie”.
Artur Conan Doyle napisał: „Na tym świecie nie ma znaczenia co osiągnąłeś. Liczy się to, w co ludzie wierzą, że osiągnąłeś”. Czy faktycznie jesteśmy my, podróżnicy, nowoczesnymi rycerzami, prężącymi dumnie piersi i udowadniającymi swoją męskość na turnieju, przy czym naszą areną jest blog, gazeta, udział w programie, scena festiwalowego pokazu? Czy gadając o poznawaniu świata, w skrytości ducha robimy to dla fanów, zasięgu i podziwu? Aby, jak w średniowieczu, budzić szacunek mężczyzn i westchnienia kobiet na trybunach? Czy w dobie mediów społecznościowych potrafimy jeszcze robić coś tylko dla siebie, nie dla uznania, jakie możemy mieć u innych?
Wiele osób pyta, czemu podróżuję pieszo. To proste: wędrowanie piechotą daje możliwość rozmyślania całymi godzinami o rzeczach, które w innej sytuacji nie przyszłyby mi do głowy. I tak, gdzieś w środkowym Iranie, zacząłem nagle myśleć nad prostym pytaniem: czy gdyby nie było innych ludzi, gdyby nie oczy skierowane na mnie, gdybym jedynym świadkiem moich zmagań pozostał już zawsze sam – czy podróżowałbym w ten sam sposób? Odpowiedź, ku mojemu zaskoczeniu, wcale nie była oczywista. Chciałbym, aby brzmiała ona „tak, oczywiście!”, tymczasem ze zdumieniem odkryłem, że brzmi „nie wiem, być może nie”. I ta odpowiedź mną zatrzęsła. A więc może doszedłem aż do tego punktu, gdzie swoje podróże planuję pod popularność, jaką mogą dać? Chciałbym, aby to była nieprawda. A potem przypomniałem sobie pierwsze przejście Karpat w 2004 roku. Podjąłem wyzwanie nie mając świadków, kibiców i tych, którzy mogliby mnie chwalić lub rozliczać, co sprawiło, że 100% uwagi poświęcałem sobie. No i może jeszcze odrobinę mojej dziewczynie, do której obiecałem wtedy dzwonić przynajmniej raz na dwa tygodnie.
Indonezyjski pisarz, Toba Beta, stwierdził kiedyś: „Jeśli czujesz obsesję, by udowodnić coś światu, będziesz potrzebował oczu całego świata zwróconych na ciebie, by tego dowieść”. Jeśli więc w ogóle muszę udowadniać komukolwiek swoją wartość, niech tym kimś będę ja sam i nikt więcej.
Otrzymawszy informację o nominacji w konkursie mogę więc pójść dwiema drogami. Pierwsza: rzucić się w wir promowania siebie tam, gdzie to tylko możliwe, by sięgnąć po nagrodę. Da mi ona chwilową satysfakcję i zwiększy rozpoznawalność (za czym czasami idą finanse i sponsorzy). I druga: powiedzieć sobie, że jedyną osobą rozliczającą mnie z własnych osiągnięć jestem ja sam. Że podróżuję przede wszystkim dla siebie, dla wewnętrznej zmiany, poczucia spełnienia i szczęścia, a na drugim miejscu – by inspirować innych, pokazywać im świat i pomagać go zrozumieć. A wszelkie konkursy traktować zawsze jako dowód uznania innych, nie zaś jako obiektywną miarę tego, ile jestem wart. Będę bardzo wdzięczny każdemu z Was za głos oddany w tym plebiscycie. Nie zamierzam jednak zamieniać podróży, przeżycia bardzo osobistego, w walkę o punkty i uznanie innych.
I obym za rok, dwa czy pięć potrafił powiedzieć, że trzymam się tej drogi.

www.lukaszsupergan.com

GSB

MAY SZLAK BESKIDZKI A

STREFA TURYSTY A

FUNDACJA A