ag8 11_4 SLIDER7 slider_ukasz_2 slider_ukasz_5 slider_ukasz_6 19_02_2015_A 1 2 3 4 5 6

kafelki-gsb 02

kafelki-gsb 04

kafelki-gsb 06

kafelki-gsb 08

belka2017

ALEKSANDER DOBA - WYWIAD

z17545733QAleksander-Doba--Fot--Agnieszka-Karas" Gdybym chciał przepłynąć Atlantyk w kajaku 30 lat temu, to ludzie mówiliby, że zostawiam żonę i dzieci i jadę się zabić. A teraz? Emeryt, pasożyt społeczeństwa, jak zginie, to wielkiej straty nie będzie. Na kolejną wyprawę ruszam 14 maja 2016 roku. Znów Atlantyk - mówi nam Aleksander, kajakarz i podróżnik, który w roku skończy 69 lat...

Na przełomie 2013 i 2014 roku emerytowany inżynier z Polic przepłynął samotnie najszerszy odcinek Atlantyku pomiędzy wybrzeżami Europy i Ameryki Północnej. W ciągu 167 dni pokonał ponad 12 tysięcy kilometrów. Tym samym przepłynął Atlantyk w kajaku po raz drugi. National Geographic docenił jego wyczyn i zaklasyfikował go do finału plebiscytu na Podróżnika Roku. Dzięki głosom internautów Polak w tym konkursie zwyciężył.

Ale to nie koniec - na przyszły rok Doba szykuje kolejną wyprawę. Trudniejszą od poprzednich.

Dominik Szczepański: Kiedy dowiedziałem się, że Aleksander Doba kandyduje do sejmiku, to pomyślałem sobie: „Pani Gabrielo, sprytne zagranie. Mąż dostanie mandat i zostanie w domu.”

Gabriela Doba: Trochę jest w tym prawdy. Nasz burmistrz mu to zaproponował, a ja sobie pomyślałam: ''Jak się dostanie, to cztery lata posiedzi w domu. A potem to już jakoś będzie''.

Aleksander Doba: A co ja miałem niby zrobić? Najwyższa władza domowa. Wystartowałem, ale się nie dostałem. Mój okręg wyborczy to Szczecin i powiat policki. A ja moją kampanię wyborczą prowadziłem w Przemyślu, Rzeszowie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu... Tam, gdzie miałem prelekcje. Na szczęście mnie nie wybrano, więc mogę planować nową wyprawę.

Co pan planuje?

Aleksander Doba: Mówi się, że do trzech razy sztuka, więc znów ruszam na Atlantyk. 14 maja 2016 roku chciałbym wypłynąć z kontynentalnej części Nowego Jorku z zamiarem dopłynięcia do Europy. Marzy mi się dotrzeć do Portugalii, ale jeśli pod koniec uniemożliwią mi to prądy i wiatry, to ewentualnie do północnej Afryki. Ma to być samodzielna, samotna wyprawa z kontynentu na kontynent, bez pomocy z zewnątrz. Czyli tak, jak ostatnio. Chcę wystartować z miejsca położonego nad rzeką Hudson, w tle są wieżowce, potem pomacham Statui Wolności i kierunek Wschód.

Czyli będzie pan płynął w drugą stronę. Czym jeszcze będzie różniła się ta wyprawa od poprzednich?

Aleksander Doba: Liczba przepłyniętych kilometrów z grubsza powinna być taka sama, ale będę płynął bardziej na północ, więc będzie trudniej, bo bliżej silniejszych sztormów. Z drugiej strony, będę płynął bliżej trasy żeglugowej statków, więc pomoc będzie bliżej.

Statki będą bliżej, to nie jest zagrożenie?

Aleksander Doba: Powinienem mieć antenę radarową, porządne światło. A nawet gdyby wielki statek chciał mnie rozjechać na środku Atlantyku, to nie dałby rady.

Dlaczego?

Aleksander Doba: Bo będzie pędził szybko i stworzy falę, która powinna mnie odepchnąć. Dwa statki się zderzą, bo mają dużą bezwładność, a mały kajak powinien zostać zepchnięty. To teoria, ale tak powinno być. O mało co bym jej kiedyś nie sprawdził, bo statek przepłynął 30 metrów ode mnie.

Dlaczego chce pan wyruszyć akurat 14 maja?

Aleksander Doba: Sezon huraganów na Atlantyku trwa pół roku, a ja chcę go uniknąć. Poprzednie trasy wybierałem z Andrzejem Armińskim, w którego stoczni powstał ten kajak. Z obliczeń wyszło nam, że najlepiej będzie tym razem wypłynąć w połowie maja.

Dlaczego tym razem z USA do Europy, a nie na odwrót jak wcześniej?

Aleksander Doba: Żeby sobie trochę odmienić. Przede mną Atlantyk przepłynęło trzech kajakarzy. Dwóch Niemców wystartowało z Wysp Kanaryjskich i dopłynęło na Wyspy Karaibskie. Z zachodu na wschód Atlantyk pokonał Brytyjczyk, który zaczął na Nowej Funlandii, a wylądował w Irlandii. Więc też z wyspy na wyspę.

Ja się czasami pytam na swoich prezentacjach: Czy ktoś z państwa wie, od której wyspy kanaryjskiej zaczyna się Atlantyk? Nikt nie wie. I dobrze, bo Atlantyk zaczyna się od kontynentu.

Zmieni pan coś w swoim kajaku?

Aleksander Doba: Pąłaki. Nie miałem zgody od Andrzeja Armińskiego, żeby je całkiem wyciąć. Ale w wyniku niezbyt udanego wodowania mojego kajaka po naprawie na Karaibach, pałąki zostały złamane.

Gdy to się stało, to przez dwie sekundy byłem w szoku, a potem już zacząłem się cieszyć, że w końcu ich nie ma. Zdecydowałem, że popłynę bez nich na Florydę. I się udało.

Kiedy oddawałem po wyprawie Armińskiemu kajak, to powiedział, że trzeba będzie je odtworzyć. Ale ja wiem, że one są niepotrzebne, bo przeżyłem bez nich trzy sztormy. One mi się nie podobały od początku, bo górowały nad kajakiem, wiatr, który towarzyszył mi prawie przez całą wyprawę dmuchał w nie i utrudniał wiosłowanie.

Stary człowiek i morze - reportaż o Aleksandrze Dobie [DUŻY FORMAT] >>>

Jak mężowi znów udało się panią przekonać do kolejnej rozłąki?

Gabriela Doba: On mnie nigdy nie przekonuje. Nie mam wyjścia, bo on jest tak zdesperowany, nastawiony na cel, że żaden mój argument do niego nie dociera. Po prostu muszę się pogodzić z jego decyzjami...

Aleksander Doba: Twoje argumenty są oparte na irracjonalnych odczuciach, a ja udowadniam, że do wszystkiego można się przygotować. Nie mam tendencji samobójczych. Chcę popłynąć, ale chcę też, żeby wszystko było bezpieczne.

Gabriela Doba: Ale to jest pojęcie względne. Mówiłeś od pałąkach. Wszyscy jesteśmy przekonani, że one gwarantują bezpieczeństwo, a ty mówisz, że ich nie potrzebujesz, bo ci przeszkadzają. Ty je odetniesz, a nam zostanie trwoga.

Aleksander Doba: Nie, nie, nie. Ja przecież lepiej od innych znam ten kajak. Za dużo się po prostu mówiło, że one zapewniają pełne bezpieczeństwo.

Sam pan mówił tuż przed wyprawą, że dzięki pałąkom kajak nie może się przewrócić.

Aleksander Doba: To było uproszczenie. Pałąki bardziej mi przeszkadzały niż pomagały. Boczne wiatry przechylały kajak przez te pałąki do 70 stopni, aż opierał się nimi o wodę. Dalej ciężko było już go przechylić, bo pałąki mają dużą wyporność. Ale jeśli wiatr nie ma w co wiać, to kajak się nie przechyla, bo ma większą stateczność poprzeczną bez pałąków

Nie miałem jeszcze prób, co by się stało, jakby kajak przewrócił się na drugą stronę. Ale jak te próby pójdą dobrze, to będę chciał przekonać Andrzeja Armińskiego, żeby tych pałąków mi nie montował.

Kajak miał dwie ważne właściwości. Po pierwsze był niezatapialny. Proszę sobie wyobrazić, że otworzy się właz do kabiny, włazy do kabin bagażowych, kajak podziurawi się w wielu miejscach i zanurzy się w wodzie. I on miał taką budowę, że mimo tego musiał wypłynąć. Nawet jakby go przeciąć na pół, to każda połówka pływa.

Druga właściwość - nawet wywrócony do góry dnem po chwili wracał do prawidłowej pozycji. Te dwie rzeczy zapewniały mi bezpieczeństwo. W momentach, gdy pełzałem po pokładzie w trudniejszych warunkach, w kabinie nakładałem uprząż żeglarską. Byłem przywiązany do kajaka jak pępowiną.

Obiecał pan żonie, że wyprawa za rok to już ostatni raz?

Aleksander Doba: Nie, a czemu?

Tej jesieni mija pięć lat od chwili pana pierwszej wyprawy przez Atlantyk. Ta będzie trzecia. Nie czuje pan, że wyzwanie jest większe, a pan jest słabszy?

Aleksander Doba: Wiem, że im bliżej setki, tym trudniej. Nie jestem okazem zdrowia, wiem, że coś mi może wysiąść na oceanie. Jeśli będę miał zawał, to pogotowie nie zdąży. Ale zapytam pana o jedną rzecz. Gdzie pan spał ostatniej nocy?

W łóżku.

Aleksander Doba: A wie pan, ile osób umiera w łóżku? To bardzo niebezpieczny przedmiot. Najwięcej osób w nim umiera. A w kajaku? Mało.

Gdybym chciał przepłynąć Atlantyk w kajaku 30 lat temu, to ludzie mówiliby, że zostawiam żonę i dzieci i jadę się zabić. A teraz? Emeryt, pasożyt społeczeństwa, jak zginie, to wielkiej straty nie będzie.

Ile kosztuje taka wyprawa?

Aleksander Doba: Mnie jako emeryta na to nie stać, więc muszę się starać o jakieś wsparcie. To są duże koszty i tym razem nie chciałbym, aby zabrakło mi na podstawowe instrumenty nawigacyjne i komunikacyjne.

Gabriela Doba: Myślałam, że poprzednia wyprawa nie dojdzie do skutku, bo nie była finansowo dopięta.

Aleksander Doba: Zebrałem niezbędne minimum. Chciałem podziękować za finansowe wsparcie Jimowi Butterfieldowi z Bermudów i Piotrowi Chmielińskiemu, który kierował dodatkowo moim przyjęciem w USA. Podziękowania należą się też gminie Police.

Teraz zorganizować wyprawę będzie chyba łatwiej. W końcu wygrał pan plebiscyt National Geographic na podróżnika roku. Na całym świecie pan wygrał.

Aleksander Doba: Wzrok mam jeszcze niezły, a jakoś kolejki sponsorów nie widzę. Muszę więc oszczędzać.

Na czym?

Aleksander Doba: Np. na pociągach. Dlatego żona noc spędziła w wagonie sypialnianym, a ja w kuszetce, bo kuszetka tańsza.

Ale w tych pociągach to w ogóle zawsze ciekawe historie się przytrafiają. Po mojej pierwszej wyprawie jechałem do Szczecina z Dworca Centralnego w Warszawie. Do mojego przedziału weszło dwóch mężczyzn. Jeden był mniej więcej w moim wieku. Zacząłem mu się przyglądać, bo skądś go kojarzyłem. Polityk? Nie. Aktor? Nie. Kosmonauta.

Kosmonauta?

Aleksander Doba: Mirosław Hermaszewski, pierwszy i jedyny do tej pory Polak, który był w kosmosie. Chciałem mu coś powiedzieć, ale widziałem, że jest zajęty. Miałem na szczęście kartkę i długopis. Zacząłem pisać list. Kiedy pociąg zatrzymał się na chwilę, wręczyłem kosmonaucie list. Przedstawiłem się przy okazji i zaczęliśmy rozmawiać. Dał mi swoje zdjęcie z dedykacją: „Panu Aleksandrowi z podziwem i lękiem”. Powiedział, że bałby się być sam na oceanie. Odpowiedziałem, że ja w kosmosie też bym się bał. Mieliśmy trochę wspólnych tematów, bo byłem kiedyś szybownikiem i skakałem ze spadochronem. Po tym spotkaniu pomyślałem sobie, że nie jest tak ze mną źle, bo w kosmosie było kilkaset osób, a Atlantyk kajakiem przepłynęły tylko cztery (śmiech).

Są jacyś podróżnicy, których pan śledzi, którzy są panu szczególnie bliscy?

Aleksander Doba: Jest ich kilku. Ale powiem panu, że wystarczy pojechać na Kolosy, festiwal podróżniczy, który się odbywa w Gdyni. I tam na pewno każdy znajdzie kogoś, kto go zainspiruje. Jakie ludzie mają pomysły! I to młodzi na ogół, bo rzadko jest ktoś starszy ode mnie. A najlepsze w tym festiwalu jest to, że jak już ktoś wejdzie, to się nie wychodzi, bo tam się kolejki ustawiają. Festiwal jest darmowy, chętnych jest więcej niż miejsc w sali. A jak już się tam jest, to zaczyna się myśleć, porównywać : „on to zrobił, a ja nie mogę?” Trzeba tylko pokonać pierwszą barierę obaw. Wystarczy raz się gdzieś wybrać.

Ostatnio rozmawiałem z dziewczyną, która była na Nowej Gwinei, tam gdzie podobno są jeszcze ludożercy.

Są?

Aleksander Doba: No właśnie nie wiem, bo słyszałem, że ostatniego już podobno zjedli.

Ta dziewczyna to atrakcyjna blondynka, więc zapytałem, czy jej nie chcieli zjeść. Powiedziała, że nie, bo tam traktują ludzi z Europy jak portmonetki. I tak to jest - w takich miejscach nie chcą nam zrobić krzywdy, bo nie potrzeba im złej reklamy. Często jest tak, że to co, wydaje się nam niebezpieczne, to tylko projekcja naszej wyobraźni.

Gabriela Doba: A ja myślę, że Kolosy cieszą się taką popularnością, bo tam jest tylko dobra energia. Media pokazują nam tyle złych rzeczy, że nam się po prostu odechciewa i ciągniemy do tych dobrych spraw, chcemy się nimi inspirować.

To co z tymi podróżnikami, których pan ceni?

Aleksander Doba: Lubię Romualda Koperskiego, który specjalizuje się w wyjazdach do Syberii. Raz nawet z nim jechałem terenowym samochodem z Wilna do Irkucka.

A ci z plebiscytu National Geographic? Fajni są?

Aleksander Doba: Nie czułem się kopciuszkiem w tym gronie. Dodatkowo miałem poparcie wielu ludzi, którzy starali się mobilizować swoich znajomych, w zasadzie to ich czasem nawet o te głosy molestowali. Nie raz pisali na Facebooku o trzeciej w nocy, że już nowy dzień i znów można na mnie głosować.

Do czołowej dziesiątki plebiscytu nie trafiło pewnie wielu, którzy tam mogli spokojnie się znaleźć. Mnie udało się to dzięki pomocy Piotra Chmielińskiego, który przez swoje artykuły i reportaże o mojej wyprawie zainteresował nią wiele środowisk, tak więc ta wyprawa stała się ważnym wydarzeniem na świecie i została wybrana przez National Geographic do plebiscytowej dziesiątki.

W finale konkurował pan z dziewięcioma innymi projektami podróżniczymi. Któryś był panu bliski?

Aleksander Doba: Zaimponowali mi dwaj niewidomi kajakarze - Erik Weihenmayer i Lonnie Bedwell, który spłynęli Wielkim Kanionem Kolorado. Musieli dużo ćwiczyć, żeby to zrobić. Sam kiedyś pływałem z niewidomym kolegą. To był zimowy spływ. Ludzie mówili wtedy, że płynie dwóch inwalidów - głuchy z niewidomym - bo ja mam problemy ze słuchem, a aparatu słuchowego na spływy nie zabieram, bo może mi zamoknąć. I jak tak płynęliśmy, to robiliśmy sobie żarty, kiedy wiedzieliśmy, że ktoś jest w pobliżu. Pytałem mojego niewidomego kolegę: „jak tam przeszkody”? A on odpowiadał: „nie widzę przeszkód”.

Te wszystkie wyróżnione w plebiscycie wyprawy są nieporównywalne - mamy kajakarzy, paralotniarzy, pływaków, wspinaczy, filmowców. Jak to zmierzyć obiektywnie? Ważne więc było poparcie w rodzimym kraju. „Poprę, bo to mój rodak”. I za to wsparcie wszystkim bardzo dziękuję.

Czuł pan, że może wygrać?

Aleksander Doba: Patrzyłem na „lajki” na stronie National Geographic. One oczywiście nie przekładają się na głosy, ale mogą dać jakieś wyobrażenie o przebiegu plebiscytu. Najpierw zdecydowanie prowadziła ta dziewczyna z Bangladeszu Wasfia Nazreen, która wchodziła na szczyty ze składanym hula-hopem. Robiła to, żeby zwrócić uwagę, jak traktowane są kobiety w jej kraju, bo gdy była dzieckiem, to nie mogła się bawić hula-hopem - uważano, że to niemoralne. Ale w połowie grudnia, gdy zacząłem prosić wszystkich o głosy, przegoniłem ją.

31 stycznia, gdy głosowanie się zamykało, zapisałem sobie, że miałem 74 tys. „lajków”, ona połowę mniej, reszta po kilkanaście tysięcy. Czułem, że może być dobrze. Mówiłem ludziom, że męska intuicja mi podpowiada, że mogę być 1 albo 2. Pytali, co ja taki zarozumiały jestem. Odpowiadałem, że przecież liczy się tylko zwycięzca, a reszta będzie na drugim miejscu, bo nie podadzą dokładnych wyników plebiscytu, nie będzie np. siódmego miejsca. Więc mogłem być albo pierwszy albo drugi.

Gdzie się pan dowiedział o wynikach?

Aleksander Doba: W bibliotece w Malborku, gdzie miałem prezentację. W jej trakcie ktoś zawołał: panie, wygrał pan! Potem przyszło mi 200 SMS-ów, ciągle dzwoniły telefony. W pociągu musiałem wyłączyć komórkę, bo ludzie zwrócili mi uwagę, że przeszkadzam. Potem na peron przyjechała telewizja.

I co pan im powiedział?

Aleksander Doba: Że jestem zaskoczony samą nominacją do plebiscytu. Jak głosowanie trwało, to namawiałem wszystkim, żeby zapoznali się z wyczynami pozostałej dziewiątki nominowanych, żeby było fair.

Jest sobota, 7:30 rano. Pan niewiele śpi?

Aleksander Doba: Godzinę temu wysiadłem na Dworcu Centralnym w Warszawie, jechałem całą noc. A kilkadziesiąt minut temu spotkałem pana Jacykowa w kawiarni. Podszedł do mnie i do mojej żony, pogratulował nam. Ja się cieszę na te wszystkie gratulacje, to miłe. Nawet dziś w pociągu mnie pytał jeden pan: „panie, czy pan to pan”? ... "

 

źródło : http://off.sport.pl/off/1,111171,17507519,Aleksander_Doba__Kolejna_wyprawa_w_2016_roku__Bedzie.html

GSB

MAY SZLAK BESKIDZKI A

STREFA TURYSTY A

FUNDACJA A