ag8 11_4 SLIDER7 slider_ukasz_2 slider_ukasz_5 slider_ukasz_6 19_02_2015_A 1 2 3 4 5 6

kafelki-gsb 02

kafelki-gsb 04

kafelki-gsb 06

kafelki-gsb 08

belka2017

ŁUKASZ SUPERGAN 23.02.2015r.

Po co podróżować? Głupie pytanie, na które odpowiedzieć równie trudno jak „po co żyć?”.

alpy30Od trzech dni, na stronie internetowej National Geographic i na łamach papierowych pisma przeczytacie, że przejście gór Zagros zostało nominowane do nagrody „Traveler” jako Podróż Roku. Znalazło się w zacnym gronie przedsięwzięć, które, w opinii redakcji NG, w minionym sezonie były największymi wyczynami i osiągnięciami w polskim świecie podróżniczym. O tej nominacji nie usłyszałem wczoraj – wiedziałem o niej kilkanaście dni wcześniej, z nieoficjalnych wtedy źródeł, które teraz zostały potwierdzone. Informacja ta nie jest więc dla mnie zaskoczeniem, choć była wielką niespodzianką, gdy otrzymałem ją po raz pierwszy. „Podróż Roku 2014″ – sama nominacja do takiego tytułu jest wyróżnieniem. Szybko jednak nadeszła refleksja. Co ona dla mnie oznacza? Lub szerzej: co oznacza dla mnie każda nagroda, otrzymana za jakiś górski lub podróżniczy wyczyn?
Bez wątpienia jest ona dowodem uznania ze strony innych ludzi. Czasem wąskiego, ale bardzo doświadczonego grona, czasem rzeszy sympatyków i tych, którzy wspierali tę przygodę lub po prostu ją śledzili. Jest ona wyrazem szacunku i aprobaty, gdy historia, którą mam do przekazania, po powrocie okazuje się wyjątkowa. Jest też zachętą do sięgania dalej i wyżej, nie ustawania w wysiłkach, by poznać i lepiej zrozumieć świat. Buduje też, nie boję się tego napisać, publiczny wizerunek i rozpoznawalność, co przełożyć się może na łatwiejszy start w kolejnej wyprawie. Co jednak taka nagroda znaczy dla mnie samego? Czy fakt, że otrzymam jakieś wyróżnienie sprawia, że stanę się lepszym podróżnikiem? Czy statuetka wręczona w świetle reflektorów, zmieni mnie nagle w innego człowieka? A może sprawią to brawa setek lub tysięcy ludzi na widowni? Czy głosy oddane w plebiscytach, przez e-maile bądź SMSy, sprawią, że przejdę jakąś gruntowną przemianę? Odpowiedź jest oczywista.
Steve House, mój wspinaczkowy guru, zapytał kiedyś: „Czy człowiek jest sumą swoich osiągnięć?”. I choć nie udzielił odpowiedzi wprost, wynika ona ze słów, jakie powtarza w trakcie swoich spotkań: zamiast na finałowym osiągnięciu, warto skupić się na procesie. Zamiast myśleć o odległym szczycie, docenić sumę chwil, jakie daje wspinaczka na niego. Zamiast wyczekiwanego końcowego punktu podróży, łapać momenty, którymi obdarowuje nas droga. Tego samego doświadczyłem po przejściu Karpat w 2013 roku – stanąwszy nad brzegiem Dunaju w Bratysławie pojąłem, że wcale nie chodziło o tą jedną sekundę wieńczącą dwumiesięczny wysiłek. Chodziło o ogrom wszystkich wrażeń, jakich doświadczałem przez tamtych 65 dni – każdą chwile radości, zadumy, wyciszenia, każde zmęczenie, strach, zwątpienie. Chodziło o każdą chwilę i chłonięcie jej całym sobą. Skoro więc ważna jest droga, a nie cel na jej końcu, czemu mierzyć sukces w podróży końcowym wynikiem, zamiast nieskończoną sumą chwil, jakie nam podarowała?
To chyba jest dla mnie kluczem do zrozumienia wątpliwości, jakie targały mną po przejściu irańskich gór Zagros. W drugiej połowie mojej drogi zbyt mocno skupiałem się na tym, by po prostu przeć do przodu, koncentrując się na wyniku, jakim było dotarcie do oceanu. Wydawało mi się, że bez niego moja wędrówka nie spełni pokładanych w niej oczekiwań. Tymczasem najlepsza podróż to taka, w której każdy krok stawiamy świadomie, z której wracamy odmienieni, która daje nam najwięcej radości. Niestety, w cywilizacji nastawionej na wynik „wyżej, dalej, szybciej” ten sposób myślenia bywa obcy. Może właśnie dlatego niektórzy z nas swój sukces w podróży mierzą nie wewnętrznymi przeżyciami, ale ilością czytelników, odsłon filmów czy nagrodami jakie otrzymają. Wyżej niż swoje przeżycia, cenimy Facebook’a, YouTube’a, Instagram, na bieżąco spisywane i nagrywane relacje . Tylko co zobaczymy w naszej drodze, poza skierowanym w siebie obiektywem aparatu/kamery?
Jakiś czas temu opisałem tu trzy wyprawy, których autorzy zainspirowali mnie szczególnie. Zaimponowali mi rozmachem i stylem swoich przedsięwzięć. O ironio, jedna z osób odpisała mi: „Dziękuję za reklamę!”, po czym zakończyła list stwierdzeniem, że bez żadnej wątpliwości to jej przedsięwzięcie będzie najtrudniejszym z opisanych. Dopiero później dowiedziałem się, że za wyprawą tą stoi grupa ludzi, zajmująca się jej marketingiem.
Przez minionych 6 lat poznałem wielu ludzi, powszechnie nazywanych „podróżnikami”. To określenie, ukute przez dziennikarzy i organizatorów festiwali, zgrabnie wrzuca do jednego worka wszystkich, którzy na tysiąc sposobów przemierzają świat, nawet jeśli różnią się bardzo między sobą. Zawdzięczam im bardzo wiele: nowe idee, wsparcie w moich przygodach, pomoc w trudnych momentach, refleksje podczas wspólnych rozmów. To także dzięki nim, przez minionych 6 lat, moje życie zmieniło się diametralnie.
Czy wszyscy są jednak moimi ideałami? Niestety nie. Są w naszym gronie osoby, które fabrykują fakty w swoich książkach i opowieściach. Podrasowują swoje osiągnięcia. Są apodyktyczne i wierzą tylko w swoje, jedynie słuszne zdanie. Niektórzy z nas, choć przejechali pół świata i zetknęli się z dziesiątkami obcych kultur, wiar i tradycji, nie potrafią zaakceptować faktu, że ich kolega po fachu ma inne zdanie w jakiejś kwestii. Ucząc w swoich tekstach i na blogach tolerancji dla odmienności, nie mają problemu, by obrażać się wzajemnie w dyskusjach. Podróżują, ale promocja ich osiągnięć pochłania im czasem dużo więcej czasu i energii niż samo podróżowanie. Poznawanie świata, z doświadczenia osobistego, nierzadko intymnego, staje sie nieraz publicznym występem. Samotne zmaganie z górskim szczytem lub odległą drogą oznaczało zmaganie z samym sobą – teraz jest czymś, co można sprzedać. Czasem zastanawiam się, jak wyglądać będzie podróżowanie za 50 lat? Idąc tym tropem, stanie się chyba domeną szołmenów, przedzierzgnie w jakieś nadawane 24 godziny na dobę reality-show.

Efektem tego zjawiska była dyskusja między kilkoma blogerami podróżniczymi, jaką śledziłem niedawno w odmętach Facebook’a. W jej trakcie kilka osób ostro „objechało” swoich kolegów po piórze, zarzucając im manipulację w eliminacjach do konkursu „Blog Roku”. Nie wierzyli, że ich rozmówcy zdobyli głosy internautów uczciwie, bo ich blog jest przecież „nic nie warty i pełen bezwartościowych treści”. Ze zdumieniem patrzyłem, jak ci, którzy mienią się ambasadorami dialogu między kulturami i opisują swoje podróże tysiącom czytelników, opluwają się nawzajem, zazdroszcząc popularności i zasięgu. Obym się mylił i oby było to fałszywe oskarżenie, ale zdaje mi się, że dla niektórych to, co nazywają podróżowaniem, jest jedynie marketingiem ich własnej zajebistości. Ten, kto sięga wyżej, staje się konkurentem.
A wygrywa ten, kto umierając, ma najwięcej fanów na „fejsie”.
Artur Conan Doyle napisał: „Na tym świecie nie ma znaczenia co osiągnąłeś. Liczy się to, w co ludzie wierzą, że osiągnąłeś”. Czy faktycznie jesteśmy my, podróżnicy, nowoczesnymi rycerzami, prężącymi dumnie piersi i udowadniającymi swoją męskość na turnieju, przy czym naszą areną jest blog, gazeta, udział w programie, scena festiwalowego pokazu? Czy gadając o poznawaniu świata, w skrytości ducha robimy to dla fanów, zasięgu i podziwu? Aby, jak w średniowieczu, budzić szacunek mężczyzn i westchnienia kobiet na trybunach? Czy w dobie mediów społecznościowych potrafimy jeszcze robić coś tylko dla siebie, nie dla uznania, jakie możemy mieć u innych?
Wiele osób pyta, czemu podróżuję pieszo. To proste: wędrowanie piechotą daje możliwość rozmyślania całymi godzinami o rzeczach, które w innej sytuacji nie przyszłyby mi do głowy. I tak, gdzieś w środkowym Iranie, zacząłem nagle myśleć nad prostym pytaniem: czy gdyby nie było innych ludzi, gdyby nie oczy skierowane na mnie, gdybym jedynym świadkiem moich zmagań pozostał już zawsze sam – czy podróżowałbym w ten sam sposób? Odpowiedź, ku mojemu zaskoczeniu, wcale nie była oczywista. Chciałbym, aby brzmiała ona „tak, oczywiście!”, tymczasem ze zdumieniem odkryłem, że brzmi „nie wiem, być może nie”. I ta odpowiedź mną zatrzęsła. A więc może doszedłem aż do tego punktu, gdzie swoje podróże planuję pod popularność, jaką mogą dać? Chciałbym, aby to była nieprawda. A potem przypomniałem sobie pierwsze przejście Karpat w 2004 roku. Podjąłem wyzwanie nie mając świadków, kibiców i tych, którzy mogliby mnie chwalić lub rozliczać, co sprawiło, że 100% uwagi poświęcałem sobie. No i może jeszcze odrobinę mojej dziewczynie, do której obiecałem wtedy dzwonić przynajmniej raz na dwa tygodnie.
Indonezyjski pisarz, Toba Beta, stwierdził kiedyś: „Jeśli czujesz obsesję, by udowodnić coś światu, będziesz potrzebował oczu całego świata zwróconych na ciebie, by tego dowieść”. Jeśli więc w ogóle muszę udowadniać komukolwiek swoją wartość, niech tym kimś będę ja sam i nikt więcej.
Otrzymawszy informację o nominacji w konkursie mogę więc pójść dwiema drogami. Pierwsza: rzucić się w wir promowania siebie tam, gdzie to tylko możliwe, by sięgnąć po nagrodę. Da mi ona chwilową satysfakcję i zwiększy rozpoznawalność (za czym czasami idą finanse i sponsorzy). I druga: powiedzieć sobie, że jedyną osobą rozliczającą mnie z własnych osiągnięć jestem ja sam. Że podróżuję przede wszystkim dla siebie, dla wewnętrznej zmiany, poczucia spełnienia i szczęścia, a na drugim miejscu – by inspirować innych, pokazywać im świat i pomagać go zrozumieć. A wszelkie konkursy traktować zawsze jako dowód uznania innych, nie zaś jako obiektywną miarę tego, ile jestem wart. Będę bardzo wdzięczny każdemu z Was za głos oddany w tym plebiscycie. Nie zamierzam jednak zamieniać podróży, przeżycia bardzo osobistego, w walkę o punkty i uznanie innych.
I obym za rok, dwa czy pięć potrafił powiedzieć, że trzymam się tej drogi.

www.lukaszsupergan.com

ŁUKASZ SUPERGAN NOMINOWANY DO NAGRODY „Podróż Roku 2014” !!

ŁUKASZ SUPERGAN NOMINOWANY DO NAGRODY „Podróż Roku 2014” !!

10422268 859855064058120 2628877009092246663 nPrzejście irańskich gór Zagros zostało nominowane do nagrody „Podróż Roku 2014” w konkursie „TRAVELERY” organizowanym przez National Geographic!

O tym, która z podróży otrzyma ten tytuł, możecie zdecydować także WY. Konkurs jest otwarty dla każdego, aby zagłosować wystarczy wejść na stronę: travelery.national-geographic.pl/podroz-roku .

 

A WIĘC GŁOSUJEMY !!!

Jestem podróżnikiem. Jestem lepszy? BLOG

spełniajcie własne marzenia…

Łukasz Supergan

 

„ Przeglądając ostatnio zasoby internetu, trafiłem na krótki artykuł zamieszczony na blogu podróżniczym, adresowany do turystów. „Znowu…” – pomyślałem wtedy, trochę zniechęcony. Czemu? Bo zaskakująco często dostrzegam opozycję, w jakiej stawiają się tzw. „podróżnicy” wobec tzw. „turystów”.

Czym różnią się ci pierwsi od drugich? Podróżnikiem czuje się często ten, kto swoje wyjazdy organizuje samodzielnie. Nie korzysta z drogich hoteli, wczasów all-inclu-coś-tam, często działa z niewielkim budżetem. Po drugiej stronie stoją ci, którzy z tych wszystkich udogodnień korzystają. Podróżnik jest kreatywny, zaradny, chce zobaczyć to, czego nie widać w folderach biur podróży. Turysta to ktoś pozbawiony wyobraźni, ambicji, kreatywności, uzależniony od wygód i pomysłów organizatora. Między nimi – szerokie spektrum tych, którzy stanowią coś pośredniego, są mniej ambitnymi podróżnikami lub bardziej ambitnymi turystami, mieszkają w hotelach, ale chcą zobaczyć coś więcej. Granicę między sobą przeprowadzamy jednak jednym pociągnięciem ręki i gniewa nas, gdy zaliczyć nas do tej gorszej, w naszym mniemaniu grupy. Turysta? Tfu! Nie jesteśmy turystami, my PODRÓŻUJEMY!

Uwielbiam podróżować. Uwielbiam tez podróżować samodzielnie, podejmując za siebie wszystkie decyzję i ucząc się na własnych błędach. Taki sposób poznawania świata odpowiada mi najbardziej, gdyż dzięki niemu się uczę. Jestem więc „podróżnikiem”. Nawet jeśli właśnie smażę się na tajskiej plaży, w tłumie miliona podobnych do mnie.

I nie jest ważny fakt, że i my, i oni jeździmy często do tych samych miejsc, oglądamy te same zabytki, fotografujemy tych samych ludzi, by przywieźć do domu namiastkę egzotyki i świadectwo faktu, że dotknęliśmy czegoś prawdziwego. Choć próbujemy uciec poza utarte szlaki, nasze drogi krzyżują się z ICH drogami zaskakująco często. Jesteśmy wówczas wściekli, bo ktoś właśnie zrujnował nam nasze złudzenie, że dotarliśmy gdzieś dalej, wyszliśmy poza utarty szlak, odkryliśmy coś tylko dla siebie.

Mimo to patrzymy przez wysoki płot okalający iluś-gwiazdkowy hotel z wyższością. My sami organizujemy sobie wizy, nocleg i transport. Targujemy się by nie przepłacać i nie psuć lokalnego rynku. Jemy tam, gdzie miejscowi, śpimy jak oni, podróżujemy jak oni, siadamy lub kucamy na tych samych kiblach. My podróżujemy – turyści zza płotu co najwyżej zwiedzają.

 

 

A ci, którzy w podróż nie ruszyli ani razu? Którzy nie zdecydowali się opuścić swojego miejsca? Skłonni jesteśmy mówić im, że wybrali życie według szablonu, że ścieżka którą podążają, jest ścieżką milionów innych, podobnych do nich osób. Podobno „świat jest książką i ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę” jak powiedział jeden z ojców kościoła chrześcijańskiego. Ale gdyby tak było, każdy kto wyrusza w drogę musiałby na jej końcu stać się mądrzejszy. Nie muszę szukać daleko by wiedzieć, że to nie zawsze prawda. Więcej – wielu z tych, co zostali w miejscu, moszcząc sobie swoje gniazdo na tej Ziemi, to ludzie obdarzeni mądrością i współczuciem, jakich pozazdrościć mogłoby wielu z nas, podróżujących.

Czy buddyjski mnich oddala się od oświecenia tylko dlatego, że spędza całe życie w klasztorze wśród gór?

Czy moi znajomi, dwójka na poły pustelników z warmińskiego lasu, jest mniej uduchowiona tylko dlatego, że odnaleźli swoje miejsce na ziemi i trzymają się go?

Czy tłumy przemierzające tropikalne kraje jak za dotknięciem różdżki stają się duchową i umysłową elitą tego świata, gdyż przemierzyli tysiące kilometrów by się tam znaleźć?

Czy fakt, że odważyłem się opuścić dom automatycznie oznacza stanie się kimś lepszym?

Ludzie którzy wyruszyli w podróż i ci którzy zostali w domu boją się tak samo i tak samo często pokonują strach. Ja – przed wyjazdem w nieznane, spotkaniem z nowymi ludźmi, przed obcością i zagrożeniem. Oni – przed codziennym dniem, w którym dopada ich troska o partnera, o przyszłość dzieci, o los wspólnego domu. Wybory jakich podejmują są przynajmniej tak samo ważne jak moje, może ważniejsze. Mój błąd, na przykład wyjazd do tropikalnego kraju w okresie monsunu, może popsuć mi pobyt. W najgorszym razie wszechobecna wilgoć zniszczy mój drogocenny aparat. Im zły wybór miejsca na budowę domu może zatruć wiele lat, a niewłaściwe wychowanie dzieci przewróci ich życie do góry nogami.

Pamiętam do dziś, jak kilka lat temu spakowałem walizki i na zawsze opuściłem miejsce, które przez pewien czas wydawało mi się domem. Zamknąwszy drzwi, zostawiłem za nimi osobę, której życiowe plany nie dały się pogodzić z moimi. Wydawało mi się, wtedy, że wybieram swobodę, a ona – uwiązanie w miejscu. Dziś każde z nas żyje takim życiem, jakie w tamtej krytycznej chwili wybrało. Ja cieszę się wolnością, ona – rodzinnym szczęściem. Tylko które z nas było tym, co stchórzyło? Które wybrało łatwiejszą drogę? Które z nas musi podejmować decyzje wiedząc, że z ich skutkami mierzyć się będzie całe życie? Czy fakt, że kilka razy w ciągu minionych lat zostawiłem całe moje życie oznacza, że jestem odważniejszy i żyję pełniej niż ktoś, kto przy tym życiu pozostał?

Kto musi być ostrożniejszy, bardziej przewidujący, przedsiębiorczy? Kto z nas jest bardziej odważny? Co to w ogóle jest odwaga?

Jest cała masa ludzi, którzy nigdy nie podróżowali i nie nie będą podróżować. Inni, kiedy już wyrwą się z domu, będą chcieli spędzić ten czas w miejscu, które będzie wydawało się im bezpieczne. Patrzymy wtedy na nich z wyższością, przez płot ich hotelu. Wiemy, że to MY poznajemy świat NAPRAWDĘ, a oni go zaledwie dotykają, prześlizgują się po wierzchu. Czasem mówimy im, że dużo tracą i troszczymy się, pewni, że czegoś im brakuje. Cały czas nazywamy siebie podróżnikami, a ich turystami, rysujemy nieprzerwanie tę linię, która nas oddziela. Kreśląc ją coraz mocniej, nie dostrzegając, że kreska na piasku zamienia się w całkiem głęboką fosę.

Nie staram się osądzać. Sam tak kiedyś robiłem i boję się, że nadal robię. Pytanie tylko: czy ten podział służy czemukolwiek poza poprawieniem własnego samopoczucia?

Rzecz w tym, że nie mamy powodu, by oceniać życia innych w jakikolwiek sposób. Jeśli świadomie wiesz dokąd jedziesz, jakie znaczenie ma fakt, którą klasę wagonu wybierasz? Albo czy w ogóle zechcesz wsiąść do pociągu, aby dać się zawieźć w nowe miejsce? Henry David Thoreau przez większość życia nie zapuścił się dalej niż 25 mil poza granice Concord, swojej mieściny, której mieszkańców tak gwałtownie ganił w swoich esejach. Nie przeszkadzało mu to jednak być fantastycznie bystrym obserwatorem Natury i codziennego życia, choć niemal każda z jego obserwacji poczyniona była rzut kamieniem od maleńkiej chaty zbudowanej nad stawem. Czy istnieje choć jedna książka podróżnicza, która byłaby tak fascynująco przenikliwa, drobiazgowa, bogata w mądrość i napisana tak kwiecistym stylem jak „Walden albo życie w lesie”? Nawet jeśli tak, to dotychczas jej nie znalazłem.

Czy podróż sama w sobie może być celem życia? Kilka lat temu mógłbym, chociaż z wahaniem, odpowiedzieć „tak”. Dziś jednak przemierzanie jakiejś drogi wydaje się jednak mało warte, jeśli nie towarzyszy mu osobista przemiana. Obojętnie w co wierzymy lub co odrzucamy, celem naszego życia powinno być sprawianie, aby stawać się każdego dnia odrobinę lepszym. Jeśli robimy to podróżując – to dobrze. Jeśli robimy to zakładając rodziny i wychowując dzieci – też wspaniale. Każdy z nas ma prawo wybrać inną drogę do szczęścia, zbawienia lub oświecenia, nie ważne w co wierzy i czy w ogóle wierzy w cokolwiek. Jedynym warunkiem niech będzie to, co w języku hinduskim nazywa się ahinsa – niekrzywdzenie i poszanowanie wszelkiego życia. Możemy wędrować kompletnie różnymi drogami, ale zmierzać do tego samego celu. Kłopoty zaczynają się wówczas, gdy sąsiad idący równoległym szlakiem trąca nas swoim kosturem mówiąc „zabłądziłeś”.

Nie starajmy się więc oceniać drogi drugiego człowieka, porównywać ją z naszą lub ślepo naśladować innych. Każdy z nas ma swoją linię życia i każdy powinien samodzielnie szukać tego, co obudzi w nim nową, lepszą osobę.

Gdybym treść wszystkich spisanych tu opowieści miał zawrzeć w 3 słowach, brzmiałyby one: spełniajcie własne marzenia. Czy każdy marzy, by być podróżnikiem?”

170
 
105  151 

ODZNACZENI !

odznakiKomisja Centralnego Ośrodka Turystyki Górskiej PTTK przyznała Jarkowi O., Jarkowi S. oraz Staszkowi N. brązową odznakę GSB.

Dziękujemy Pani Małgorzacie za wsparcie! Pozdrawiamy

Festiwal "Trójka górom" czas zacząć !!

 GÓRY I RADIOWA TRÓJKA ?!

CZYŻ NIE JEST TO  IDEALNE POŁĄCZENIE TEGO CO UWIELBIAMY??

W dniach 12-14 lutego radiowa Trójka będzie gościć w Szklarskiej Porębie. Powodem wizyty ekipy z ul. Myśliwieckiej 3/5/7 w tym pięknym sudeckim kurorcie jest pierwsza edycja festiwalu "Trójka górom", z którego Program 3 przeprowadzi obszerne transmisje!

trg

„- Na Skwerze Radiowej Trójki stanął Namiot Spotkań, który już powoli zapełnia się gośćmi - opowiadał Michał Nogaś. Dziś spotkanie z Magdaleną Grzebałkowską - opowie ona o książce, którą właśnie kończy pisać.

Gośćmi Trójki w Szklarskiej Porębie będą także: prof. Jan Miodek, Maria Czubaszek, Kinga Preis, Renata Mauer i Artur Żmijewski. Rozmawiać z nimi będą: dyrektor Programu 3 Magda Jethon oraz Ryszard Jaźwiński, Michał Olszański, Michał Nogaś i Marcin Zaborski. W piątek odbędzie się plenerowe wydanie "Listy przebojów 3", w sobotę "Markomania". Obie audycje poprowadzi Marek Niedźwiecki.

Program 3 przygotował transmisje z większości spotkań podczas festiwalu. Nie zabraknie relacji w serwisach informacyjnych oraz programach:"Trójkowy znak jakości" (piątek, godz. 7.45-8.00), "Zapraszamy do Trójki" (piątek, ok. godz. 18.10), "Radiowy dom kultury" (sobota, godz. 12.00-14.00), a wreszcie "Myśliwiecka 3/5/7" (sobota, godz. 16.00-18.00).

Podczas pierwszej edycji festiwalu dziennikarze Programu 3 zadebiutują również w roli didżejów ("Trójkowa dyskoteka" - sobota, godz. 20.30-22.00), a Michał Olszański sprawdzi się w roli jurora podczas "Walentynkowego slalomu" (SkiArena Szrenica - sobota, godz. 11.00-13.00)….”

WWW.POLSKIERADIO.PL

GSB

MAY SZLAK BESKIDZKI A

STREFA TURYSTY A

FUNDACJA A